Liczenie kalorii stało się dla wielu osób główną strategią odchudzania. Aplikacje, tabele i kalkulatory energetyczne obiecują pełną kontrolę nad masą ciała, jeśli tylko będziemy trzymać się wyznaczonego limitu. Rzeczywistość okazuje się jednak bardziej skomplikowana. Dwie osoby na tej samej kaloryczności mogą chudnąć w zupełnie różnym tempie, a ktoś inny – mimo deficytu – utknie w martwym punkcie. Powód jest prosty: kalorie są ważne, ale stanowią zaledwie fragment większej układanki, w której kluczową rolę odgrywa jakość pożywienia, gospodarka hormonalna, sen, stres i indywidualne cechy organizmu. Zrozumienie tych mechanizmów pozwala nie tylko skuteczniej tracić zbędne kilogramy, ale też budować zdrowe, trwałe nawyki zamiast żyć w pułapce wiecznej diety.
Dlaczego ta sama ilość kalorii może działać inaczej
Od strony czysto fizycznej odchudzanie opiera się na jednym podstawowym założeniu: aby tracić masę ciała, musimy dostarczać mniej energii, niż zużywamy. Tyle że to, jak organizm wykorzystuje tę energię, nie jest już takie samo u wszystkich. Liczy się nie tylko ilość kalorii, ale także ich źródło, tempo wchłaniania, wpływ na hormony, a także stan zdrowia i styl życia danej osoby.
Na pierwszy plan wysuwa się kwestia jakości diety. 1800 kcal pochodzące w większości ze słodyczy, słonych przekąsek i napojów słodzonych zadziała na organizm zupełnie inaczej niż 1800 kcal z warzyw, pełnych zbóż, chudego białka i zdrowych tłuszczów. W obu przypadkach bilans energetyczny wydaje się podobny, ale odpowiedź metaboliczna i sytość po posiłkach będą skrajnie różne. Pokarmy bogate w cukry proste i tłuszcze trans sprzyjają nagłym wahaniom glukozy i insuliny, zwiększają stan zapalny, często prowadzą do napadów głodu i podjadania. Z kolei produkty o niskim stopniu przetworzenia dostarczają błonnika, mikroskładników i związków bioaktywnych, które wspierają metabolizm i gospodarkę hormonalną.
Innym czynnikiem jest tzw. efekt termiczny pożywienia, czyli ilość energii, jaką organizm zużywa na trawienie i przyswojenie pokarmu. Najwięcej „kosztuje” go przetworzenie białka – nawet do 20–30% jego kaloryczności może zostać zużyte w tym procesie. Dla węglowodanów jest to średnio 5–10%, a dla tłuszczów zaledwie 0–3%. Oznacza to, że dwie diety o tej samej kaloryczności, ale różnej zawartości makroskładników (szczególnie białka), będą generowały inny faktyczny wydatek energetyczny.
Do tego dochodzą różnice indywidualne. Metabolizm nie jest statyczny – zmienia się wraz z wiekiem, stanem zdrowia, poziomem aktywności fizycznej, masą mięśniową, a nawet historią wcześniejszych diet. Osoba po wielu restrykcyjnych kuracjach odchudzających może mieć obniżony podstawowy wydatek energetyczny i gorszą tolerancję na kolejne deficyty. Ktoś inny, o większej masie mięśniowej i dobrej regulacji hormonalnej, będzie chudł szybciej przy tej samej podaży energii.
Nie wolno także zapominać o roli jelit i układu odpornościowego. Skład mikrobioty jelitowej wpływa na to, jak efektywnie przyswajamy energię z pożywienia i jak reagujemy na różne produkty. U części osób nadmiar przetworzonej żywności, cukrów prostych i nasyconych tłuszczów zaburza równowagę flory bakteryjnej, co może sprzyjać tyciu mimo pozornie prawidłowej kaloryczności.
Właśnie dlatego samo ustawienie liczby kalorii w aplikacji rzadko rozwiązuje problem nadwagi. Bez spojrzenia na jakość diety, nawyki, sen, stres i ruch można skrupulatnie trzymać się planu, a mimo to doświadczać głodu, zmęczenia, braku efektów lub szybkiego powrotu kilogramów.
Jakość pożywienia – fundament skutecznego odchudzania
Jeśli kalorie nie są jedynym wyznacznikiem skuteczności diety, kluczowe staje się pytanie: co powinniśmy jeść, aby realnie wspierać redukcję masy ciała i jednocześnie dbać o zdrowie? Odpowiedź sprowadza się do jakości pożywienia i stopnia jego przetworzenia. Mimo że hasło „jedz jak najmniej przetworzone produkty” bywa powtarzane niemal do znudzenia, to w praktyce właśnie ono robi największą różnicę.
Produkty nisko przetworzone – warzywa, owoce, pełne ziarna, rośliny strączkowe, naturalne nabiały, jaja, mięso dobrej jakości, ryby, orzechy, nasiona – dostarczają nie tylko energii, ale także błonnika, witamin, składników mineralnych, antyoksydantów i fitochemikaliów. Te elementy wspierają pracę wątroby, nerek, układu nerwowego i odpornościowego, a także wpływają na regulację apetytu. Dieta bogata w błonnik (zwłaszcza z warzyw, owoców w całości, pełnych zbóż i nasion) spowalnia wchłanianie glukozy, stabilizuje poziom cukru we krwi, daje uczucie sytości na dłużej i zmniejsza ryzyko napadów głodu.
Istotną rolę odgrywa też odpowiednia podaż białka. Ten makroskładnik jest nie tylko budulcem mięśni, ale także silnym czynnikiem sytości. Włączenie do każdego posiłku porcji białka – czy to z chudego mięsa, ryb, jaj, nabiału, czy strączków – pomaga ograniczyć podjadanie i naturalnie zmniejsza ilość zjadanych kalorii bez konieczności obsesyjnego liczenia. Co więcej, białko chroni masę mięśniową w czasie deficytu energetycznego, a to właśnie mięśnie w dużej mierze odpowiadają za tempo spoczynkowego metabolizmu.
Warto zwrócić uwagę na rodzaj spożywanych tłuszczów. Dieta redukcyjna nie powinna być dietą „beztłuszczową”. Kwasy tłuszczowe omega‑3, obecne m.in. w tłustych rybach morskich, siemieniu lnianym i orzechach włoskich, działają przeciwzapalnie, poprawiają wrażliwość tkanek na insulinę i wspierają pracę mózgu. Z kolei nadmiar tłuszczów trans i nasyconych, charakterystyczny dla fast foodów, wyrobów cukierniczych i wielu produktów instant, nasila stan zapalny, może zaburzać gospodarkę lipidową i utrudniać redukcję masy ciała.
Osobną kategorią są węglowodany. Nie tyle chodzi o ich całkowitą ilość (którą i tak warto dostosować indywidualnie), ile o źródło i formę. Węglowodany złożone z produktów pełnoziarnistych, kasz, strączków i warzyw skrobiowych dostarczają energii stopniowo, utrzymując stabilny poziom glukozy. Proste cukry z białego pieczywa, słodyczy, napojów słodzonych i wielu przekąsek wywołują szybki wzrost, a następnie spadek cukru we krwi, sprzyjając senności, zmiennym nastrojom oraz chęci sięgnięcia po kolejną porcję słodkości.
Największym problemem diet opartych wyłącznie na liczeniu kalorii jest to, że często pozwalają „marnować budżet” energetyczny na produkty ubogie w wartości odżywcze. Teoretycznie można zmieścić w dziennym limicie baton, chipsy i słodki napój, ale w praktyce takie wybory wypierają lepsze jakościowo jedzenie. Ciało otrzymuje energię, ale nie dostaje tego, czego potrzebuje do prawidłowego funkcjonowania. Pojawia się zmęczenie, rozdrażnienie, gorszy sen, a długofalowo także problemy hormonalne czy spadek odporności. W efekcie samo odchudzanie staje się bardziej uciążliwe, a motywacja – coraz słabsza.
Z kolei dieta oparta na żywności nieprzetworzonej, bogatej w błonnik i białko, paradoksalnie ułatwia utrzymanie deficytu energetycznego, czasami nawet bez liczenia każdej kalorii. Naturalne produkty są zwykle mniej kaloryczne w przeliczeniu na objętość, dają większą sytość i wymagają gryzienia, co zwiększa świadomość jedzenia. Organizm dostaje pełen pakiet niezbędnych substancji, dzięki czemu lepiej dogaduje się z uczuciem głodu i sytości, zamiast wysyłać chaotyczne sygnały domagające się szybkiego zastrzyku cukru.
Warto pamiętać, że sama lista „dozwolonych” i „zakazanych” produktów to za mało. Znaczenie mają także techniki kulinarne i sposób komponowania posiłków. Smażenie na głębokim tłuszczu, panierki, gotowe sosy i polewy mogą zamienić nawet wartościowy składnik w kaloryczną bombę. Z kolei gotowanie na parze, pieczenie, duszenie i korzystanie z przypraw ziołowych pozwalają wydobyć smak bez dodawania nadmiaru tłuszczu i cukru.
Hormony, apetyt i rola stylu życia
Organizm nie jest prostym kalkulatorem, który posłusznie reaguje na każdą zmianę w bilansie kalorycznym. W procesie regulacji masy ciała biorą udział liczne hormony, neuroprzekaźniki oraz mechanizmy adaptacyjne, których zadaniem jest utrzymanie równowagi wewnętrznej. Gdy wprowadzamy dietę redukcyjną, ciało nie wie, że robimy to „dla zdrowia” – może interpretować deficyt energii jako potencjalne zagrożenie i próbować się bronić.
Kluczową rolę w regulacji apetytu odgrywają hormon głodu – grelina – oraz hormon sytości – leptyna. Grelina wydzielana jest głównie w żołądku i sygnalizuje mózgowi, że pora zjeść. Jej poziom rośnie przy długich przerwach między posiłkami, przy bardzo niskiej kaloryczności diety, ale też przy niedosypianiu. Leptyna z kolei produkowana jest w tkance tłuszczowej i wysyła do mózgu informację: „mamy zapasy, możesz zmniejszyć apetyt”. W przypadku otyłości często pojawia się tzw. leptynooporność – mózg przestaje właściwie reagować na ten sygnał, mimo że zapasów tłuszczu jest dużo.
Dieta oparta na żywności wysoko przetworzonej, bogatej w cukier i tłuszcz, może zaburzać regulację tych hormonów. Częste podjadanie, napoje słodzone, nieregularne posiłki i brak snu sprawiają, że grelina bywa przewlekle podwyższona, a mózg staje się mniej wrażliwy na leptynę. W takiej sytuacji uczucie głodu pojawia się szybciej i jest bardziej natarczywe, a sytość – nietrwała. Liczenie kalorii w takich warunkach jest możliwe, ale często okupione stałym dyskomfortem i walką z własnym ciałem.
Ważnym graczem jest również insulina – hormon odpowiedzialny za transport glukozy do komórek. Częste spożywanie cukrów prostych i przetworzonych węglowodanów może prowadzić do przewlekle podwyższonego poziomu insuliny i insulinooporności. Taka sytuacja sprzyja odkładaniu tkanki tłuszczowej, szczególnie w okolicach brzucha, a równocześnie utrudnia jej mobilizację w czasie deficytu kalorycznego. W efekcie osoba z insulinoopornością może wymagać znacznie większej dbałości o jakość węglowodanów i rozkład posiłków w ciągu dnia niż ktoś z prawidłową wrażliwością insulinową.
Do tego dochodzi wpływ hormonów stresu, zwłaszcza kortyzolu. Przewlekły stres – czy to zawodowy, emocjonalny, czy wynikający z nadmiernie restrykcyjnej diety – podnosi stężenie kortyzolu we krwi. Hormon ten w krótkiej perspektywie pomaga mobilizować energię, ale jeśli utrzymuje się na wysokim poziomie zbyt długo, może zaburzać sen, zwiększać apetyt na słodkie i słone produkty oraz sprzyjać odkładaniu tłuszczu w okolicy brzucha. Osoba żyjąca w ciągłym napięciu, jedząca w pośpiechu i późno kładąca się spać, będzie miała dużo trudniejsze warunki do redukcji niż ktoś o podobnej kaloryczności, ale dobrze regenerujący się i dbający o relaks.
Ogromny wpływ na regulację masy ciała ma także sen. Niedobór snu już po kilku nocach może zaburzyć wydzielanie greliny i leptyny, zwiększyć apetyt i nasilić ochotę na produkty wysokokaloryczne. Jednocześnie zmęczone osoby zwykle mniej się ruszają, rzadziej trenują i częściej sięgają po szybkie przekąski. To tworzy błędne koło: im mniej śpimy, tym trudniej trzymać dietę, a im trudniej trzymać dietę, tym bardziej frustrujemy się i gorzej śpimy.
Nie bez znaczenia jest również spontaniczna aktywność fizyczna, czyli wszystko to, co robimy poza planowanym treningiem: chodzenie, sprzątanie, praca w ogrodzie, gestykulacja, a nawet wiercenie się na krześle. Ten element, określany skrótem NEAT, potrafi odpowiadać za setki spalonych kalorii dziennie. Dwie osoby o podobnej masie ciała i tej samej diecie, ale różniącym się poziomie NEAT, będą chudły w różnym tempie, mimo że „na papierze” ich bilans jest taki sam.
Wszystko to pokazuje, że skuteczne odchudzanie wymaga spojrzenia szerzej niż tylko na licznik kalorii. Trwała redukcja to efekt zgrania kilku obszarów: jakości diety, regulacji hormonalnej, odpowiedniej ilości snu, zarządzania stresem oraz codziennej aktywności ruchowej. Zamiast pytać wyłącznie „ile jem?”, warto zadać sobie pytania: „co jem?”, „jak jem?”, „jak śpię?” i „jak radzę sobie ze stresem?”.
Metabolizm adaptacyjny i konsekwencje restrykcyjnych diet
Wielu osobom wydaje się, że jeśli ograniczą kalorie do bardzo niskiego poziomu, schudną szybciej i skuteczniej. Początkowo rzeczywiście widać spadek masy ciała, nierzadko spektakularny. Jednak ten efekt ma swoją cenę – zarówno metaboliczną, jak i psychologiczną. Organizm, który nagle otrzymuje znacząco mniej energii, uruchamia mechanizmy oszczędnościowe, znane jako adaptacja metaboliczna.
Podstawowa przemiana materii, czyli ilość energii niezbędna do podtrzymania podstawowych funkcji życiowych w spoczynku, zaczyna się obniżać. Ciało zmniejsza wydatkowanie energii, tam gdzie to możliwe: spada temperatura ciała, pojawia się senność, ruchliwość mimowolna (NEAT) wyraźnie maleje, a spontaniczna ochota na aktywność znika. Niektóre osoby zauważają, że „nie mają siły się ruszać”, „ciągle marzną” lub „wolą poleżeć niż iść na spacer”. To nie słaba wola, ale biologiczna reakcja na długotrwały niedobór energii.
Im dłużej trwa bardzo niski deficyt, tym mocniej organizm uczy się działać „oszczędnie”. Gdy po zakończeniu restrykcyjnej diety wracamy do poprzedniego sposobu żywienia, a często – z głodu i frustracji – także do nadmiernego jedzenia, ciało jest już przygotowane na „gorsze czasy” i chętniej odkłada zapasy tłuszczu. Tak powstaje znany zjawisko efektu jo‑jo. Problemem nie jest samo liczenie kalorii, lecz ignorowanie naturalnych granic, w jakich organizm potrafi bezpiecznie się adaptować.
Ważnym aspektem jest także wpływ bardzo niskokalorycznych diet na masę mięśniową. Gdy deficyt jest zbyt duży, a podaż białka niewystarczająca, organizm zaczyna czerpać energię również z tkanki mięśniowej. Początkowa szybka utrata kilogramów to w takim wypadku nie tylko tłuszcz, ale także mięśnie i woda. Każdy utracony kilogram mięśni to nie tylko gorsza siła i sprawność, ale też wolniejszy metabolizm w spoczynku, co w dłuższej perspektywie utrudnia utrzymanie niższej masy ciała.
Nie można pominąć także konsekwencji psychologicznych. Silne ograniczanie kalorii często wiąże się z radykalnym podejściem do jedzenia: dzieleniem produktów na „dobre” i „złe”, poczuciem winy po każdym odstępstwie i ciągłym myśleniem o jedzeniu. U części osób może to prowadzić do napadowego objadania się, kompulsywnego podjadania lub rozwinięcia zaburzeń odżywiania. Z pozoru „zdrowa” motywacja do schudnięcia zamienia się w źródło stresu i utraty zaufania do własnego ciała.
Równie groźne jest traktowanie kalorii jako jedynego kryterium wyboru produktów. Skupienie się tylko na tym, aby posiłek „mieścił się w limicie”, może spychać na drugi plan wartości odżywcze. Sięganie po „zerokaloryczne” napoje, słodziki, ultra lekkie, ale wysoce przetworzone przekąski, zamiast po prawdziwe jedzenie, nie wspiera dobrego samopoczucia ani zdrowia hormonalnego. W krótkiej perspektywie waga może spadać, ale organizm sygnalizuje niezadowolenie poprzez zmęczenie, wahania nastroju, spadek libido czy zaburzenia cyklu miesiączkowego u kobiet.
W tym kontekście szczególnie ważne staje się budowanie zdrowej relacji z jedzeniem. Deficyt energetyczny powinien być umiarkowany, a nie ekstremalny. Zamiast odcinać połowę dotychczasowej kaloryczności, lepiej stopniowo obniżać ją do poziomu, który pozwala tracić około 0,5–1 kg masy ciała na tydzień, przy zachowaniu energii do życia, pracy i ruchu. Takie podejście zmniejsza ryzyko silnej adaptacji metabolicznej, ułatwia utrzymanie diety i daje większą szansę na stabilizację nowej wagi.
Równie istotny jest dobór strategii do stylu życia. Osoba pracująca fizycznie, trenująca kilka razy w tygodniu i śpiąca 7–8 godzin będzie potrzebowała innego poziomu deficytu niż ktoś siedzący przez większość dnia, zmagający się z bezsennością i przewlekłym stresem. Próba wciśnięcia wszystkich w te same widełki kaloryczne ignoruje tę różnorodność i często prowadzi do poczucia porażki u osób, którym taka strategia po prostu nie służy.
Dlaczego skupienie na nawykach daje trwalsze efekty
Skuteczna i trwała redukcja masy ciała opiera się nie na jednorazowym planie kalorii, ale na zmianie codziennych nawyków. Licznik kalorii może być jednym z narzędzi, które pomagają orientować się w wielkości porcji i energetyczności posiłków, ale nie powinien być jedynym kompasem. O wiele ważniejsze jest wypracowanie stylu życia, który można utrzymać nie przez kilka tygodni, lecz przez lata.
Budowanie zdrowych nawyków zaczyna się od prostych kroków. Zamiast radykalnie obcinać kalorie, lepiej wprowadzić kilka kluczowych zmian: zwiększyć ilość warzyw w każdym posiłku, zadbać o obecność białka, zamienić słodkie napoje na wodę, ograniczyć wysoko przetworzone przekąski i włączyć regularną aktywność fizyczną. Takie modyfikacje często automatycznie redukują nadmiar energii, jednocześnie poprawiając sytość i samopoczucie.
Istotne jest także przyjrzenie się swojej relacji z jedzeniem. Czy posiłki jemy w pośpiechu, przed ekranem, bez zwracania uwagi na sygnały głodu i sytości? Czy sięgamy po jedzenie w reakcji na stres, nudę, smutek? Praca nad uważnością jedzenia – jedzenie „z głową”, w spokojniejszym tempie, bez rozpraszaczy – pomaga lepiej rozpoznawać potrzeby ciała i przerwać automat „jem, bo jest”. Tego aspektu nie da się zastąpić nawet najbardziej precyzyjną aplikacją do liczenia kalorii.
Aktywność fizyczna, szczególnie połączona z treningiem siłowym, ma kluczowe znaczenie nie tylko dla spalania kalorii, ale też dla ochrony i budowy masy mięśniowej. Mięśnie to metabolizm – im ich więcej, tym większy jest spoczynkowy wydatek energetyczny. Regularny ruch poprawia także wrażliwość insulinową, obniża poziom stresu, wspiera sen i ogólne samopoczucie. Osoba, która dba o ruch i siłę mięśni, może jeść więcej i nadal utrzymywać zdrową masę ciała, niż ktoś całkowicie nieaktywny przy tej samej wadze.
Nawyki obejmują też sen i regenerację. Ustalenie stałej pory kładzenia się spać, ograniczenie ekspozycji na ekrany przed snem, zadbanie o komfortowe warunki w sypialni – to nie są detale, ale fundamenty regulacji hormonów apetytu. Wiele osób zauważa, że gdy lepiej śpią, o wiele łatwiej jest im spontanicznie ograniczyć jedzenie i nie czują tak silnej potrzeby podjadania.
Ostatnim elementem jest elastyczność. Zamiast budować sztywny plan, który „musi” być realizowany w 100%, warto przyjąć podejście oparte na zasadzie 80/20: przez większość czasu wybieramy produkty wysokiej jakości, a miejsce na przyjemności kulinarne zostawiamy w sposób świadomy i kontrolowany. Dzięki temu nie ma potrzeby wchodzenia w skrajności – okres „idealnej diety” przeplatany „okresem całkowitego braku kontroli”. To właśnie elastyczność, a nie perfekcjonizm, umożliwia długoterminowe utrzymanie zdrowej masy ciała.
Podsumowując, kalorie są jednym z wielu narzędzi w pracy nad masą ciała, ale nie mogą być jedynym punktem odniesienia. Organizm nie jest równaniem matematycznym, lecz skomplikowanym systemem, w którym odżywianie, hormony, sen, stres i ruch wzajemnie się przenikają. Skupienie na jakości pożywienia, budowaniu zdrowych nawyków i dbaniu o styl życia sprawia, że redukcja nie jest ciągłą walką z liczbami, lecz procesem stopniowej zmiany, który realnie wspiera zdrowie.
FAQ
Czy muszę liczyć kalorie, żeby schudnąć?
Nie jest to konieczne, choć dla części osób może być pomocne na początku, by zorientować się w wielkości porcji. Kluczowe jest jednak utrzymanie rozsądnego deficytu energetycznego poprzez wybór produktów wysokiej jakości, a nie obsesyjne liczenie każdej kalorii.
Czemu nie chudnę, mimo że jem mało?
Przy długotrwałym, zbyt dużym deficycie może dojść do adaptacji metabolicznej – organizm zaczyna oszczędzać energię. Często dochodzi też do nieświadomego podjadania, mniejszej aktywności w ciągu dnia, problemów ze snem i stresem, które razem utrudniają redukcję.
Czy rodzaj kalorii ma znaczenie?
Tak. 500 kcal z warzyw, pełnych zbóż i białka zadziała inaczej niż 500 kcal z słodyczy. Różnić się będzie sytość, wpływ na hormony (insulina, grelina, leptyna), stan zapalny i tempo metabolizmu. Jakość pożywienia jest równie ważna jak ilość energii.
Ile białka potrzebuję na diecie redukcyjnej?
Najczęściej zaleca się około 1,2–2,0 g białka na kilogram masy ciała na dobę, w zależności od poziomu aktywności i stanu zdrowia. Dokładne wartości warto ustalić z dietetykiem, szczególnie przy chorobach nerek lub innych schorzeniach.
Czy mogę jeść słodycze na diecie?
Mogą się pojawiać okazjonalnie w niewielkich ilościach, najlepiej w ramach zaplanowanego posiłku, a nie spontanicznego podjadania. Najważniejsze jest, by większość diety (około 80%) stanowiły produkty o wysokiej gęstości odżywczej, a słodycze były dodatkiem, nie podstawą jadłospisu.
Co jest ważniejsze: dieta czy aktywność fizyczna?
Dieta ma zwykle większy wpływ na tempo spadku masy ciała, ale aktywność fizyczna jest kluczowa dla utrzymania efektów, ochrony mięśni, metabolizmu, zdrowia serca i samopoczucia. Najlepsze rezultaty daje połączenie obu elementów.
Dlaczego sen wpływa na wagę?
Niedobór snu zaburza hormony regulujące apetyt (grelina, leptyna), zwiększa apetyt na wysokokaloryczne przekąski, obniża motywację do ruchu i nasila stres. Wszystko to razem sprzyja nadwyżce kalorycznej i utrudnia redukcję.
Czy szybkie diety „cud” mają sens?
Zwykle prowadzą do szybkiej utraty masy ciała głównie z wody i mięśni, sprzyjają adaptacji metabolicznej i efektowi jo‑jo. Nie uczą zdrowych nawyków, dlatego efekty są krótkotrwałe, a ryzyko powrotu kilogramów – bardzo wysokie.
Jak duży deficyt kaloryczny jest bezpieczny?
Najczęściej rekomenduje się deficyt rzędu 10–25% całkowitego zapotrzebowania energetycznego. Dla wielu osób oznacza to spadek masy ciała o około 0,5–1 kg tygodniowo. Bardziej agresywne cięcia powinny być stosowane tylko pod ścisłą kontrolą specjalisty.
Kiedy warto zgłosić się do dietetyka?
Gdy mimo starań waga nie spada, pojawiają się silne napady głodu, problemy hormonalne, choroby przewlekłe (np. cukrzyca, insulinooporność, choroby tarczycy), a także wtedy, gdy czujesz się zagubiony w natłoku sprzecznych informacji. Indywidualne podejście pozwala uwzględnić Twoje zdrowie, tryb życia i preferencje, zamiast opierać się tylko na ogólnych zaleceniach.